RPA | Namibia | Botswana | Zimbabwe | Zambia | Powrót

Kawał Afryki, pięć krajów właściwie w 13 dni. Duże tempo, zmiany jak w kalejdoskopie. Czas tzw. ”wolny” praktycznie nie istnieje. Niektórzy narzekają na jego brak, ale generalnie panuje nastrój zadowolenia. W stosunku do programu z katalogu nasza wycieczka jest odwrócona do góry nogami. Lecimy co prawda do Namibii (stolica Winthouk) ale stamtąd do Kapsztadu, a nie do Victoria Falls w Zimbabwe. 

RPA

Dwa noclegi w Kapsztadzie. Marna pogoda, bardzo zmienna. Deszcz, chłód, ale i trochę słońca. W końcu to przecież jesień i tak przyjaźniejsza od naszej. Zwiedzamy miasto przez okno busa. Odwiedzamy winnice, knajpy, sklepy (z brylantami także), farmę strusi, kasyno, pływamy łódką po oceanie (może to nawet łódź żaglowa ale chyba nie luksusowa, za to z wyszynkiem).

Cudem udaje się nam wjechać na Górę Stołową, która przez dwa dni była w chmurach. Spacerujemy wśród zieleni miejskiego parku i w ogrodzie botanicznym. Przede wszystkim jemy, pijemy...

Zdobywamy Przylądek Dobrej Nadziei w strugach deszczu, ale ten mija i jest fajnie. Potem jeszcze Punkt Przylądkowy, brak czasu na plażę Bartolomeo Diaza, zejść i wejść to około godzina z hakiem, ale czas nagli. Odwiedzamy za to plażę pingwinów, są ich tu setki – ciekawe doznanie i wyspę fok.

NAMIBIA  RPA | Botswana | Zimbabwe | Zambia | Góra strony | Powrót

Z RPA ruszamy do Namibii. Lecimy ponownie do Winthouk, a stamtąd do Walvis Bay na wybrzeżu Atlantyku. Tam też dwa noclegi. Wieczorem i w nocy przeraźliwy ziąb, ale w ciągu dnia całkiem przyjemnie. Są atrakcje fakultatywne. Ja biorę całodniową wyprawę awionetką i jeepem do Opuwo, gdzie zamieszkuje bardzo ciekawe plemię Himba. Warto skorzystać z tej opcji. Sam przelot w obie strony inną trasą jest ogromnie widowiskowy. Lecimy bardzo nisko starą cesną. Plemię Himba jest niebywałe. Do dziś nie używają pieniądza. Żyją bardzo podobnie jak przed wiekami. Malują ciała i włosy ochrą na piękny rdzawy kolor, ubrania ze skór i futer też mają tę barwę. Są niezwykli ze swoimi niebieskimi oczami. 

Wycieczka do nich to najdroższa pozycja w ramach fakultetów, ale warta swojej ceny. Więcej nie będę zdradzać, bo trzeba to przeżyć samemu. Następnego dnia do południa ja decyduje się na dwie godziny jazdy quadami po wydmach. Było super!!! Niezapomniane widoki wydm, co raz zmieniających barwy od różów, przez fiolety do żółci i pomarańczy. Sama bajka! I ta adrenalina związana z jazdą. Ja już nie mogłam nic więcej, ale ci, co nie byli u Himba skorzystali z wycieczki statkiem (wyszynk, wyżerka), poznali hodowlę ostryg (była degustacja) oraz przeżyli bliskie spotkania z fokami.

P. S. W drodze ze stolicy do naszego lokum w Walvis Bay przejeżdżamy przez bardzo ciekawą okolicę. To krajobraz księżycowy GOAKONIKONIES. Z racji koloru kojarzy się z Marsem. Oglądamy w zachodzącym słońcu okazy (męskie i żeńskie) dziwacznej rośliny żyjącej nawet dwa tysiące lat Welwitchii. Przejeżdżamy przez miasteczko Swkopmund, ale to już po ciemku. Widać jednak wyrażenie niemieckie korzenie, w architekturze no i ludzkiej mowie. 

Wyjeżdżamy do miejscowości Solitare. To prawie całodzienna podróż. Drogi są świetne. Asfalt, szutrówki, żadnych dziur i mały ruch. W Namibii pięć razy większej od Polski na 1 km2 przypadają dwie osoby. Mamy lodge z basenem, ale jest już późno, szybko zapada zmrok, więc szybko na kolację. Potem wyjście poza mury na obejrzenie południowego nieba (i wykład) i śpimy, bo jutro znowu czeka nas kawał drogi i pobudka bladym świtem, a właściwie nawet przed nim.

Jedziemy do Soussusvlei. Tam są wydmy. Myślę, że to dla nich tu przyjechałam. Dobrymi drogami, klimatyzowanymi busami przemierzamy te niekończące się pustynne tereny. Większość przysypia. Budzimy się na zdjęcia. Kierowcy i piloci wiedzą co będziemy chcieli fotografować. Jest więc i świt i potem różne ciekawe rośliny i zwierzęta. 

Dużo dzikich strusi, różnych antylop i roślin (sagowce, kamforowce). Oglądamy, wąchamy, dotykamy. We mnie serce rośnie. Kocham pustynie. Serce rośnie coraz bardziej. Niedługo wejdę na wydmę, już wiem od przewodnika, że będzie duża i mało eksplorowana. Koło dziesiątej (szczęśliwi czasu nie liczą) jesteśmy w Soussusvlei. Są wydmy. Jak okiem sięgnąć wydmy. Wieje przeraźliwy wiatr, ale jest pięknie. Zwą to miejsce doliną śmierci. Podobno nie da się tu przeżyć. Prostujemy nogi i atakujemy wydmę. Prawie wszyscy. Przodem idzie nasz młody pilot, bo mamy dwóch. Nie wiem ile czasu zajęła ta wspinaczka, niezbyt długo, myślę, że około godziny. Byłam pierwsza! Oczywiście pierwsza po przewodniku, ale on ma dwadzieścia sześć lat i jest wysportowanym pakerem po AWF. 

Myślałam, że po wydmach wspina się łatwiej. Ktoś zrezygnował. Jest bardzo ciepło i okropnie wieje. Piach robi nieustanny peeling. Jest wszędzie, dosłownie wszędzie jak się potem przekonałam. Robimy krótki odpoczynek w dolinie. Coś jemy, coś pijemy, zapobiegliwi rozdają piwo. Wiatr ma taką siłę, że moja prawie pełna puszka postawiona na ławeczce zostaje przewrócona. Czegoś takiego jeszcze nie widziałam. Szczęśliwi i szczęśliwsi ruszamy dalej. Postój około półgodzinny mamy w magicznym miejscu. To kanion Sessriem – miniatura kanionu Kolorado. Dziwne miejsce, nie tylko z geologicznego punku widzenia. Kanion wygląda jak kanion. Mamy ograniczenia czasowe więc nie zapuszczamy się do niego bardziej niż tylko trochę, ale kamienie i kamyki rozrzucone po okolicy są przedziwne. Wyglądają jakby je ktoś celowo opalał, są jak osmalone, niesamowite, pomarańczowe wewnątrz i czarne na powierzchni. Jest też mnóstwo błyszczących z ogromną zawartością miki. Znalazłam też jeden specjalnie nie szukając ze skamieniałą muszelką. Na wielu z nas to miejsce, chociaż piękne robi przygnębiające wrażenie. Gnamy dalej do stolicy. W ciemnościach oświetlonych tylko gwiazdami, jest ich tutaj jakoś bardzo dużo, dociearmy do lodge Heja Safari. Robi wrażenie. Są ogrodzenia przed dzikimi zwierzętami. Nie wolno wychodzić na zewnątrz. Kolacja i to, co zwykle, jakieś drinki, jakieś opowieści i śpimy. 

BOTSWANA  RPA | Namibia | Zimbabwe | Zambia | Góra strony | Powrót

Pobudka przed świtem, przychodzi mi to coraz łatwiej i w drogę do Maun w Botswanie. Awionetkami polecimy do delty Okawango. W Maun pierwszy poważny zgrzyt. Nasze bagaże są za ciężkie, albo awionetek za mało. W każdym razie musimy je zminimalizować. Ci co są parami jakoś sobie radzą. Z dwóch bagaży robią jeden. Ja kobieta singel mam tylko oprócz torby na kółkach malutki plecaczek. Ze łzami złości w oczach pakuje moje skarby do tego plecaczka, resztę do jakiegoś wora na odpadki i tak to w Afryce poszłam z torbami. Ten wór to teraz mój bagaż podręczny. Nie mogę go odłożyć ani na chwilę, bo niewykluczone, że ktoś usłużny lub pracowity w dobrej wierze wrzuci go do śmietnika. W Maun przeszłam metamorfozę. Mój bagaż waży 6,5 kg. Kto by uwierzył znając mnie, że to możliwe. Ze złości zapomniałam o wielu rzeczach, ale jakoś bez nich przetrwałam. Najgorsze jest to, że z resztą bagażu spotkać się mamy dopiero przed wylotem do Frankfurtu, czyli na zakończenie. 

Lżejsi lecimy do Okawango. O tej porze roku jest sucho. Z Angoli nie dotarła jeszcze woda, ale i tak fajne widoki. Lądujemy o zachodzie słońca w środku buszu. Jest cudnie. Piękne światło, bajkowa różowa poświata, zapach ziół, jakiś kompletnie inny świat. Wita nas na malutkim piaszczystym lotnisku – nie- lotnisku Connie, bosa, szczupła młoda kobieta – menager Camp Semetsi i jej świta. Wędrujemy pouczeni o zasadach tutaj panujących do obozu w głębi buszu. Obóz też jest bajkowy. Spędzimy w nim dwie noce. Nasz kamping w buszu ogrodzony jest elektrycznym pastuchem (na wys. głowy dorosłego człowieka, co sprawdziłam na sobie). To zapora ?! przed słoniami. Nieopodal jest ciek wodny. Żyją w nim hipopotamy. Namioty wyposażono w normalne łóżka z gustowną pościelą, stolik i szafkę oraz oświetlenie elektryczne i ... nocnik. O 22 światło w całym obozowisku gaśnie. Do sanitariatów należy chodzić we dwójkę albo korzystać z nocnika. Jestem singel, a namioty są od siebie jednak trochę oddalone. Mam za to latarkę jako jedna z bardzo niewielu. Tym sposobem za sprawą małej latareczki moje notowania rosną. 

Oczywiście była bardzo dobra kolacja składająca się z kilku dań, był bar pełen różnych dobrych rzeczy, chociaż wszystko trzeba tu dostarczyć samolotem. Były odgłosy przyprawiające o bicie serca. Nigdy nie zapomnę mojej pierwszej nocy w Okawango. Wcześnie rano śniadanie, spotkanie z lokalnymi przewodnikami i w dwóch małych grupkach ruszamy na piesze safari w busz. Trwa to około pięciu godzin, do lunchu. Z pozoru spacer po lesie, oglądamy antylopy, małpy, guźce. Hipopotamy dostarczają pewnych emocji, ale są w rzece i już wiemy, że wtedy niegroźne. Natrafiamy jednak na ślady słonia i go tropimy. To coś niesamowitego. Udało się. Udało się wytropić słonia dwa razy. Są zdjęcia. Odwiedziliśmy jeszcze wioskę, w której mieszka lokalny przewodnik i jego pomocnicy, odpoczywamy w niej chwilę i wracamy do obozu. Po lunchu krótki odpoczynek przy basenie, tak jest i basen. Nie korzystamy, nasze bagaże i kostiumy poleciały przecież do Winthouku. Dlaczego nikt nam nie powiedział, że w buszu są baseny? W każdym razie moczymy nogi, piłujemy paznokcie, plotkujemy.

Wyruszamy teraz na safari wodne pirogami zwanymi mokoro (z włókna szklanego ale dobra podróba pnia, no i ekologiczne). Jest bardzo wypoczynkowo. W wodzie mnóstwo nenufarów , czy grążeli, na brzegach zwierzęta, nawet te przez nas wcześniej tropione zwyczajnie sobie spacerują. Miłe relaksacyjne popołudnie. Kolacja i noc już dużo mniej emocjonalne.

Co nam tam piski i pohukiwania, co z tego, że w cieku obok, za elektrycznym pastuchem mieszkają hipopotamy i pomrukują jakby chrząkały. Jesteśmy weteranami i busz nie jest już dla nas taki straszny. Niektórzy idą wcześnie spać, dokucza im przeziębienie. Niektórzy wcale nie chcą iść spać, bo tak im się tu podoba. Poza tym trzeba pozbyć się zapasów. Wracamy przecież do cywilizacji i po co to dźwigać. 

Pobudka tradycyjnie o świcie i w drogę do Kassane, do Chobe Park. Miejsce noclegu rekompensuje nam wszelkie trudy podróży. Jest jak w bajce z tysiąca i jednej nocy (wnętrza nie w tym stylu ale blichtr ten sam i nawet mrówki faraona nie są w stanie niczego zmienić). Na zewnątrz panuje styl afrykański – trzcinowe strzechy. Właścicielką jest nasza rodaczka. Po dróżkach spacerują wypasione guźce, elegancko ubrane turystki i jest bardzo przyjaźnie. Po kolacji pary idą szybko spać, chyba żeby wykorzystać ogromne łóżka i wypróbować dodatkowe (piętrowe) w przynależnym pokoju, który ja początkowo podejrzewałam o bycie szafą. Single nie idą tak szybko spać, ale rano są równie zadowolone.

Śniadanie o przyzwoitej porze 8 – 9 i udajemy się na safari wodne łodzią motorową. Zrobiłam w nocy pranie. Do tej pory w Afryce nikt nie zrealizował moich oczywistych zleceń. Nie wyschło. Jest ciepło, więc suszę szorty na sobie, drugie suszą się same. 

Są emocje. Spotykamy całe stada słoni. Żyje ich tu 50 tysięcy. Są krokodyle, hipopotamy, antylopy i mnóstwo ptaków. Wypoczywamy, sączymy drinki, gadamy (cicho) i robimy zdjęcia. Niektórzy się opalają, a niektórzy leczą oparzenia słoneczne. Po powrocie chwila na prysznic i jedziemy na safari jeepami. Tutaj dopiero są emocje. Słoni mamy przesyt. Tropimy żyrafy. Udało się. Są oczywiście antylopy, małpy, mnóstwo ptaków. Słuchamy wykładów naszych pilotów. Ale są sępy, jak są sępy to są lwy, to wiemy z wykładów. Chcemy lwa. Znajdujemy tropy, jedziemy za nimi. Niestety lwa nie udało się nam spotkać. Na zakończenie mamy kolizję ze słoniem, dzięki wykładom wiemy, że nas tylko straszył. Bałam się i tak. Robi się ciemno, pędzimy żeby zdążyć przed zamknięciem bramy parku. Jest przeraźliwie zimno. Ci co nie wysłali swoich apteczek do Winthouku dzielą się z resztą paracetamolem. Jesteśmy pełni emocji i żałujemy, że wycieczka się kończy.

Zaczynamy snuć pomysły na temat dalszych wspólnych wyjazdów.

ZIMBABWE  RPA | Namibia | Botswana | Zambia | Góra strony | Powrót

Rano wyjeżdżamy do Zimbabwe. Trafiamy do hotelu w Victoria Falls. Nie jest to słynny hotel Victoria, ale sympatyczny hotel w stylu mauretańskim. Wymieniamy kasę i chyba lekko zmniejszamy obroty. Jedziemy nad wodospad. Trudno mi o tym pisać, bo tak jak najstarsza pustynia świata ten wcale nie największy i wcale nie najwyższy wodospad, w mojej wycieczce, nim na nią pojechałam był bardzo ważny. Zrobiliśmy spacer i podziwialiśmy jego magię. Czułam się jak w kościele, jakbym odbywała drogę krzyżową. Są punkty widokowe, nie pamiętam ile – dużo, każdy niesamowity. Są ludzie, tubylcy i turyści, którzy wyglądają jakby przyszli tu coś załatwić i kiedy wychodzą wyglądają na szczęśliwych. Też byłam.

Potem były jakieś zakupy na lokalnym bazarze i w sklepach i przed kolacją podejmowanie trudnych decyzji co do zajęć fakultatywnych: rafting, łódka, bungee, a może jazda na słoniu. Ja moje bungee miałam na quadach i wydmie i na pewno na lotnisku w Maun, kiedy minimalizowałam bagaż. Skorzystałam z zaproszenia do słynnego hotelu Victoria. To magiczne miejsce z pięknym widokiem na graniczny most nad rzeką Zambezi, trzecią co do wielkości rzeką Afryki. Po południu rejs łodzią po Zambezi (wyszynk). Piękny zachód słońca. Wieczorem kolacja w knajpce typu Cepelia. Występy Zullusów i nie tylko, uczymy się grać na bębnach, jemy egzotyczne potrawy z egzotycznych zwierząt, pijemy egzotyczne napoje i nie tylko. Wesolutko.

ZAMBIA RPA | Namibia | Botswana | Zimbabwe | Góra strony | Powrót

W hotelu odrobina zajęć w podgrupach i rankiem wyruszamy do Livingstone w Zambii. To ten piąty kraj na naszej trasie. Całkowite zaliczanie. Jesteśmy w tej Zambii właściwie chwilę. Przez Livingstone, kiedyś dość istotne miasto przelatujemy niczym messerschmitt. Zatrzymujemy się przy lokalnym bazarze. Nikt właściwie nic nie kupuje, a bazar jak bazar. Na lotnisku żegnamy jednego z pilotów i wracamy do Zimbabwe. Atrakcją jest to, że od granicy do granicy idziemy pieszo, przez most nad Zambezi, podziwiając jeszcze raz wodo-spad, jego mgły, jego tęcze i przyglądamy się śmiałkom, albo frajerom skaczącym na bungee.

Lecimy do Winthouku z wielkim żalem, że to koniec. Zegnamy drugiego pilota i dalej do Frankfurtu i do domu. 

Wycieczka niewątpliwie warta jest grzechu. Przy tych punktach programu nie da się jej tak skomponować, żeby wszędzie być w najlepszym dla nas okresie. Jak pustynia jest przyjazna, to brak wody w Okawango ( dla delty najlepszy jest podobno czerwiec). Nasza wycieczka w stosunku do programu z katalogu Logos Tour była odwrócona. Ja bym wolała pierwotną wersję. Kapsztad jest pięknym miastem, mnie na nim jednak mało zależało, dlatego być może miałam wrażenie, że tracę czas. W Kapsztadzie było rozwlekle, mimo że ciągle gdzieś się spieszyliśmy, dla mnie kosztem innych miejsc. Więcej jeździliśmy niż to było planowane, to też pożerało czas, ale za to mięliśmy więcej okazji zobaczenia czegoś z bliska, dotknięcia, zrobienia fotek, nie przez szybę.

Było nas jedenaścioro. Byliśmy rozbici na dwa busy, do każdego z nich przypisany był pilot. Podobno jak się więcej lata pilot jest jeden. My posiadanie dwóch bardzo sobie chwaliliśmy. Byli bardzo różni, ale każdy odgrywał istotną rolę i co ważne wzajemnie się uzupełniali. Dojrzały pan i młody chłopak, nasi rodacy, żyjący tam od lat, znający specyfikę tamtych stron. W Kapsztadzie również Polak, wieloletni emigrant był naszym przewodnikiem. Wszyscy trzej to co robili, robili z pasją, chcieli przekazać nam swoją wiedzę i chcieli żebyśmy przy tym byli zadowoleni, robili to, każdy na swój sposób ze swoistym wdziękiem.

Zakwaterowanie przeszło moje oczekiwania. Jedzenie bardzo dobre. Każdy coś dla siebie znajdzie. Wszędzie woda zdatna do picia i to nawet ta prosto z kranu. Żadnych problemów gastrycznych. Jedynie i to chyba dla wszystkich tempo było zbyt duże. Brakowało nam tego tzw. czasu wolnego, czasu dla siebie. Brakowało też dnia pełnego relaksu przed powrotem do Polski, no cóż, w końcu świadomie i dobrowolnie zdecydowaliśmy się na tę właśnie wycieczkę.

P.S. Kiedy nie leci z nami pilot grupa integruje się już na Okęciu i to duży plus, zwłaszcza dla mnie kobiety singla!

RPA | Namibia | Botswana | Zimbabwe | Zambia | Góra strony | Powrót