| Powrót |

11 X 2005
Zaczęło się o 17 na lotnisku. Pilotka z Logostour, wyglądająca dość sympatycznie, wręczyła nam bilety i przeszliśmy do odprawy bagażowej. Po krótkim locie boeingiem chyba 737-800 wylądowaliśmy w Budapeszcie. Tu po raz pierwszy zobaczyliśmy Grupę w całości. 
Do odlotu do Kairu 3 godziny. Grupa ma czas wolny. Każdy poszedł lub podreptał w swoja stronę. My na piwo, które bratanki sprzedają (o tej porze) po 4,5 € za puszkę. Drugie, godzinę później, kosztowało już 5,50!?
Około 23:30 startujemy boeingiem 737-600 do Kairu. Lądujemy przed 2. Pakujemy się do autobusu i o 3:40 jesteśmy w hotelu Santana. Po drodze pilotka opowiedziała nam jak się nazywa, która jest godzina w Kairze i o której mamy wstać. Pomyliła tylko godzinę, ale reszta informacji była bez błędów. Dowiedziałem się też, ze jutro nie będziemy wcale zwiedzać muzeum kairskiego, bo do tego trzeba się wyspać, a my się nie wyśpimy. Za to obejrzymy sobie dzielnice koptyjską. 
Kair by night robi wrażenie. Hotel Santana jak na moja znajomość Afryki zupełnie niezły. Jak na normy polskie, żeby nie powiedzieć europejskie, obskurny. Teraz mamy spać do 9. Okazuje się, ze klimatyzacja nie działa, są karaluchy i jakieś inne hasające insekty - chyba pchły. Słychać pianie kogutów - jak to w stolicy.
Jak się później okaże, hotelowa restauracja nie serwuje piwa, bo jest ramadan. Ciekawe, że w innych hotelach ramadan w niczym nie przeszkadza niewiernym w piciu tego trunku. 

12 X 2005
Wstajemy zgodnie z poleceniem pilotki o 9 i zjadamy tzw. śniadanie. Śniadanie jak śniadanie, właściwie może być. Gorzej z kawą, która nie przypomina kawy pod żadnym względem. Po śniadaniu, jedziemy zwiedzać szybko Kair Koptyjski.
Oglądamy miedzy innymi Zawieszony Kościół, kościoły św. Jerzego i św. Sergiusza oraz synagogę Ben Ezry. Zdecydowanie brakuje swobodnego spaceru uliczkami tej dzielnicy, ale program jest napięty. Następnie jedziemy na cytadelę, gdzie zwiedzamy meczet Muhammada Alego. Później zwiedzamy wspaniały meczet Ibn Tuluna. Jedziemy do hotelu na lunch bez piwa. Piwo znajdujemy w pobliskim hotelu Sheraton, przez co trochę spóźniamy się na zbiórkę osób, które wybrały fakultatywny rejs po Nilu. Jednak udaje się nam dołączyć do grupy. Na statku taniec brzucha i tańce derwiszy. Kair od strony Nilu wygląda imponująco.

13 X 2005
Pobudka o 6. Wyjazd do Gizy. Zwiedzanie m.in. wnętrza piramidy Cheopsa. Dobrze, ze to ramadan i wpuszczają tylko 150 osób dziennie (normalnie 300). Ciasno, wilgotno, duszno, stromo, nisko i głośno (Niemcy). Po wydostaniu się z byłego miejsca pochowku Hufu, spacer wśród piramid. 
Wszędzie towarzyszą nam tzw. turystyczni policjanci wyposażeni w kałachy i wielbłądy. Myślałem nawet, że to z troski o nas, ale jak się szybko okazało z chęci dostania bakszyszu za zrobienie sobie zdjęcia z wielbłądem lub pozwolenie wejścia na jakiś kamień, z którego wcale nic ciekawego nie widać, ale normalnie wchodzić nie wolno. 
Spod piramid udajemy się obejrzeć szybko Sfinksa i wyjazd do Sakkary, gdzie znajduje się piramida Dżesera i mocno zrujnowana piramida Unisa. Chyba nawet ciekawiej niż w Gizie. Wytwórnia papirusu, dobry lunch z piwem Stella, wytwórnia perfum i do hotelu. Zjadamy kolacje, zabieramy rzeczy i jedziemy na dworzec kairski. W oczekiwaniu na pociąg, który ma odjechać do Asuanu (ok. 900 km) o 22:20, robimy mały spacer po okolicy dworca. Kair tętni życiem. Tłumy korki, klaksony, muzułmańskie śpiewy. Powrót na dworzec i początek kolejowej podroży do Asuanu.
Ciekawym zjawiskiem są kairskie chodniki. Stanowią one istny tor przeszkód. Krawężniki mają wysokość 30 - 40 cm, przez co przejście kilometrowego odcinka ulicy wiąże się z ciągłym wchodzeniem i schodzeniem. Wiele studzienek telekomunikacyjnych i kanalizacyjnych nie posiada zamknięcia, pewnie dla tego, że utrudniało by to wyrzucanie śmieci. Z chodnika sterczy pełno różnych rur lub prętów. Wszystko to sprawia, że niemal nikt nie korzysta z chodnika - wszyscy chodzą głównie jezdnią.

14 X 2005
Piękny wschód słońca, ciekawe widoki. Do Asuanu dojeżdżamy rano ok. 10:10. Zakwaterowujemy się na statku o nazwie Oonas. Po śniadaniu na statku i krótkim odpoczynku wyjazd na wyspę File, gdzie podziwiamy świątynię Izydy. Mieliśmy płynąć prastara egipska feluką, jednak płyniemy prastarą łodzią motorowa. Po powrocie lunch na statku i znowu fakultatywny przejazd inna łodzią do wioski nubijskiej. W wiosce skromny poczęstunek, pokaz biedy i żebrzące bachory. Powrót na właściwy brzeg Nilu i spacer na asuański suk. Po powrocie kolacja i spać. Jutro pobudka o 3 rano.

15 X 2005
Wstajemy zgodnie z planem. Śniadanie i wymarsz do autobusu. Czekamy na uformowanie się konwoju i koło szóstej ruszamy. Wszyscy młodsi uczestnicy wycieczki natychmiast zasypiają w przedziwnych pozach. Starsi nie śpią cala drogę. Ja - proporcjonalnie do wieku - pół drogi śpię, pół czuwam. Do Abu Simbel docieramy po około 3 godzinach. Świątynie Ramzesa i Nefretari wrażenie robią, ale nie takie jak wczorajsza świątynia Izydy. Może to z powodu tak wczesnej pobudki. Po około 2 godzinach zwiedzania i fotografowania, wracamy. Po drodze widać liczne fatamorgany. Pilotka i przewodnik milczą, bo śpią. Nikt nam nawet nie wspomina, ze po drodze mijamy zwrotnik raka. Robimy jedynie krotki postój na tamie asuańskiej, skąd widać jezioro Nasera i początek dolnego Nilu.

16 X 2005
Znowu, zupełnie niewiadomo po co, wstajemy o świcie i zwiedzamy świątynię Horusa w Edfu. Dziki tłum przy wejściu, a po godzinie nie ma już prawie nikogo. Mogliśmy godzinę zaczekać i zwiedzanie byłoby dużo przyjemniejsze. Wracamy na statek, płyniemy dalej jak by nas ktoś gonił. Dopływamy na dłuższy postój w Esnie sprawiającej nieprzyjazne wrażenie. Próbujemy zwiedzać Esnę na własną rękę, ale okazuje się to niemożliwe. Policja zawraca nas, gdy tylko próbujemy zapuścić się w mniej turystyczne uliczki. Może rzeczywiście nie jest to zbyt bezpieczne. O 22 odpływamy, by po przeprawieniu się przez śluzę udać się w kierunku Luksoru.

17 X 2005
Rano po śniadaniu opuszczamy statek i podstawiony autobus zawozi nas najpierw pod kolosy Memnona, potem do Doliny Królów, fabryki alabastru i do świątyni Hatszepsut. Mam wątpliwości, czy wszystko co oferują w fabryce to alabaster. Skąd bowiem pełno tu tzw. kamienia mydlanego imitującego alabaster? Około 14 przyjeżdżamy do hotelu Pyramisa Isis w Luksorze. Hotel bardzo przyzwoity i dobrze położony. Jest możliwość wycieczek fakultatywnych. Wybieramy światło i dźwięk w Karnak z opcją dowiezienia i przywiezienia nas dorożką. Jak się okaże, widowisko obejrzeć można, ale nie koniecznie. Za to warto było przejechać po Luksorze dorożką. 

18 X 2005
Pobudka o 3:45, o 4:30 wyjazd do przystani, przeprawa przez Nil, po czym dowożą nas do miejsca, z którego startują balony. Balonów jest kilkanaście. My lecimy balonem firmy Magic-Horizon, w którego koszu mieści się 16 osób i pilot. Lot trwa ok. godziny i jest fascynującym przeżyciem. Z góry mamy okazję podziwiać Teby Zachodnie, świątynię Hatszepsut, Dolinę Królów i okoliczne miejscowości.
Wracamy do hotelu na śniadanie, po którym jedziemy zwiedzać świątynię w Karnak i w Luksorze. O 14 ruszamy w konwoju do Hurghady. Przyjeżdżamy około 18. Dobrze, ze nie wcześniej, bo dzięki temu będziemy krócej przebywać w hotelu Alf Leila Wa Leila. To jakiś potworek z kopułami jak z Kremla, zdobieniami w stylach mauretańskim, rzymskim, egipskim itp. Jest nawet aleja sfinksów, Świątynia w Karnaku, Sfinks i piramidy. Pełno sklepów, restauracji, barów itp. W recepcji odebrano nam paszporty i w zamian założono na rękę obrączki w kolorze chyba seledynowym. 
Ceny wysokie, dla zmylenia przeciwnika podane w euro. Sytuacje niewątpliwie ratuje fakt, ze jest czysto i pokoje sa wygodne, tylko pościeli nie zmieniono, ale nie będę się czepiać. Jest też piwo i różne inne trunki. Do plaży podobno 500 m, do centrum Hurgady 17 km (duża ta Hurgada), za to lotnisko gdzieś blisko, bo ciągle słychać samoloty. O 19 kolacja. Wydają ja na stołówce. Zupełnie nieźle, tylko nie ma mowy by znaleźć wolny stolik. W końcu znajdujemy z jednym miejscem do siedzenia. Jakoś zdobywam krzesło i można jeść. Najpierw zupa, zupełnie niezła. Po drugie postanawiamy iść na zmianę, by nie utracić zdobytego z trudem stolika. Brakuje talerzy i wszyscy polują na sztućce. Podkuchenni przebrani za kelnerów sprawnie odzyskali talerze wyrywając je tym, którzy jedli zbyt wolno. Sztućce też udało się jakoś upolować. Udało się nam jeszcze zdobyć herbatę i kawę. Napoje te nam nie przysługiwały, z powodu złego koloru obrączek.

19 X 2005
Rano śniadanie, po którym zaplanowana jest wycieczka na rafę koralowa. Rezygnujemy z tej atrakcji na rzecz relaksu w naszym Disneylandzie. Okolo 10 wyruszamy na plażę. Odległość podana w hotelowym informatorze okazuje się trzykrotnie większa, a droga prowadzi przez malownicze wysypisko śmieci. Plaża, jak plaża - żwir, kamienie, na nich pełno roznegliżowanych ciał. Woda wygląda ładnie, ale jest lodowata. Po półtorej godzinie mamy dość i wracamy do Disneylandu. Po drodze goni nas kilka, pędzonych przez wiatr kartonowych pudeł z pobliskiego wysypiska. 
Około 16 wyruszamy hotelowym busem do centrum Hurghady. Nic ciekawego. Przechodzimy kilka razy przez suk, na którym oferowane są wyłącznie pamiątki dla turystów. Wszędzie nas zaczepiają. Słysząc polska mowę drą się - "dobra, dobra zupa z bobra", "ładna laska", "dobra dupa", "zajebista cena" itp. W restauracji zjadamy obiad i około 19:30 jesteśmy znowu w Disneylandzie.

20 X 2005
Rano o 5:30 pobudka, pakowanie, płacenie za drinki i o 8 odpływamy promem do Sharm Al Sheikh. Promem strasznie huśta, ale jakoś dopływamy do celu. Sharm Al Sheikh to rzeczywiście kurort. W wolnym czasie wykupujemy fakultatywna jazdę quadami po pustyni połączoną z poczęstunkiem w imitacji wioski. Średnia przyjemność, na pewno nie warta 50 dolarów. Po quadach spacer po mieście, zakupy piwa i wina, które sprzedają tu jakby to nie był ramadan. Spóźniony lunch w restauracji. Ok. 15 odjeżdżamy autobusem do hotelu, a właściwie schroniska w pobliżu klasztoru św. Katarzyny. Idziemy spać o 20:30, bo o 0:30 pobudka.

21 X 2005
No i wstaliśmy, ale o 1:30. Coś się komuś pomyliło. Herbata, 15 minut jazdy autobusem, kontrola bagażu i w drogę na szczyt góry Mojżesza. Policjant widząc mój monopod, łapie z przerażeniem za broń, ale jakoś udaje mi się wyjaśnić co to jest i mnie przepuszcza. Prowadzi nas jakiś mało rozgarnięty przewodnik. Szybko okazuje się, ze dla znacznej części grupy tempo jest za duże. Grupa najpierw rozciąga się, potem dzieli na podgrupy. W końcu cześć korzysta z oferty wynajęcia wielbłąda. Jak się potem okaże wielbłąd rozwiązywał problem tylko częściowo. Ostatni odcinek trasy - 732 kamienne stopnie i tak trzeba było pokonać samodzielnie. Docieramy około 40 minut przed wschodem słońca. Na szczycie jest już kilkaset osób. Jest potwornie zimno. Sam wschód słońca nie jakiś nadzwyczajny, za to widoki wspaniałe. Wszyscy robią zdjęcia. Czeka nas teraz zejście - 3200 stopni w dół. Po ok. 2 godzinach docieramy do klasztoru św. Katarzyny, gdzie mamy wyznaczone miejsce zbiórki. Wracamy do hotelu by zjeść śniadanie i ponownie, w pełnym składzie udajemy się na zwiedzanie klasztoru. Zwiedzanie, to za dużo powiedziane. Oglądamy to i owo, ale bez przewodnika. Jakiś ochroniarz pokazał nam jak dojść do miejsca, gdzie rzekomo rośnie biblijny gorejący krzew. Nie jest to takie proste, gdyż właśnie trwa jakiś remont. Wracamy do autobusu i wyruszamy w drogę do miejscowości Ras El-Sudr, w której, nad brzegiem morza mamy spędzić resztę dzisiejszego dnia i pól następnego. Po południu dojeżdżamy do hotelu Ramada Inn *****. Hotel jest częściowo w budowie i częściowo w remoncie. Remontują to, co wybudowali wcześniej. Gigantyczny kompleks, tylko jakoś dziwnie pusto. Pewnie inne biura korzystają z hoteli już wykończonych. Wokół pustkowie, nie pytam nawet jak daleko do centrum. Mam wątpliwość, czy obiekt na pewno jest oddany do użytku, bo nie ma ochrony policji turystycznej. Do tej pory zawsze taka ochrona była.

22 X 2005
Rano plażowanie. Woda płytka i niestety zimna. Pełno serfingowców. Wczesnym popołudniem wyruszamy do Kairu. By być w zgodzie z programem zatrzymujemy się na chwile nad Kanałem Sueskim. Nie widać kompletnie nic ciekawego. Przejeżdżamy tunelem pod kanałem i autostradą dojeżdżamy do Kairu. Autostrady w Egipcie to zwykle europejskie dwupasmówki. Wieczorem lądujemy w znanym nam z pierwszych dni wycieczki, hotelu Santana. Po naszych interwencjach trochę go wysprzątali. Jednak sprzątanie polegało głównie na paru psiknięciach odświeżaczem powietrza. Cóż jak ktoś nie wie o co chodzi, to czego się spodziewać. Dziwne tylko, że też nie wiedziała o co chodzi pilotka, uważającego się za elitarne, biura Logostour. Idziemy na piwo do mojego ulubionego (z powodu podejścia do ramadanu) Sheratona, powrót do Santany i spać.

23 X 2005
Wcześnie rano wyjeżdżamy do Aleksandrii. Miasto warte zobaczenia. Same odwiedzane obiekty może nie aż tak fascynujące jak widziane wcześniej, ale miasto ma swój islamsko - śródziemnomorski nastrój. Zwiedzamy Kom ad-Dik (Wzgórze Gruzów), czyli ruiny Teatru Rzymskiego (w budowie). Oglądamy kolumnę Pompejusza i strzegącego jej sfinksa. Schodzimy do katakumb na Kom as-Szukafa. Udaje się tez wynegocjować z pilotka i częścią grupy godzinę samodzielności. Pobyt w Aleksandrii kończymy krotka wizyta w okolicach jakiegoś pałacu Gargamela, który w rzeczywistości okazuje się pałacem Montaza wybudowanym w XX w. Prezydent Mubarak korzysta z pałacu, przyjmując w nim oficjalnych gości. Pałac wybudowano w dziwnym stylu florencko tureckim. Położony jest on w ogrodzie, z którego mamy okazje obserwować piękny zachód słońca. Powrót do Kairu, piwo w Sheratonie i znów Santana.

24 X 2005
Jedziemy zwiedzić Meydum. Wykorzystuję możliwość wejścia do piramidy Snefru. Właściwie to znowu to samo, czyli ciasno, wilgotno, duszno, stromo, nisko. Tylko nie głośno, bo nie było Niemców. Po powrocie do Kairu, jedziemy odwiedzić Cairo Tower. Na górze jest restauracja, w której udaje się zamówić piwo. Wspaniały widok na Kair. Robimy zdjęcia.
Czas wolny postanawiamy wykorzystać najpierw na wizytę w Sheratonie, a później ponowne odwiedzenie piramid w Gizie. Za, jak na tutejsze warunki, wygórowaną cenę (60 funtów egipskich, czyli ok. 40 zł) wynajmujemy samochód z kierowca na 3 godziny i przebijamy się kairskimi ulicami do Gizy. Kierowca jest bardzo uprzejmy, gadatliwy, ale nie nachalny. Bez przeszkód, bez żadnych strat w ludziach ani w sprzęcie docieramy do Gizy. W okolicach piramid dalszy przejazd blokuje nam jakiś łapserdak, który nieznoszącym sprzeciwu głosem zabrania dalszej jazdy. Biegłym angielskim wyjaśnia, ze jest ramadan (jak bym tego jeszcze nie zauważył), a w czasie ramadanu Oni maja taki special system, który polega m.in. na tym, ze w okolice piramid można dojechać tylko konno lub na wielbłądzie. My nie chcemy ani koni, ani wielbłądów. Konie i wielbłądy można wynająć bezpośrednio u łapserdaka, ale bez żadnych biletów. Jak chcemy bilety to należy odłożyć wycieczkę na jutro. Ku przerażeniu naszego kierowcy pytam łapserdaka, kim on właściwie jest i proszę o przedstawienie jakiś papierów uprawniających do zatrzymywania i blokowania przejazdu. Tłumaczy, ze on nie potrzebuje żadnych papierów, bo on ma Bossa. Wszystko staje się jasne. Na nasze żądanie, na potwierdzenie swojej wiarygodności przyciąga jeszcze jednego łapserdaka, tyle, ze w mundurze policji turystycznej. Ten nie kuma nic po angielsku, ale wyćwiczony drze się No, no ,no. Każę kierowcy odjechać z tego nieprzyjaznego miejsca. Robi to niechętnie, ale chyba z obawy przed późniejszymi kłopotami. Podjeżdżamy z innej strony. Znów napastują nas jacyś dziwni ludzie, ale tym razem to sklepikarze, którzy za przejście przez ich sklep oferują możliwość zrobienia zdjęć piramid z górnej kondygnacji ich sklepu. Mam dość ich nachalności i decyduję się na zdjęcia z poziomu ulicy. Nic z tego. Skorumpowani ze sklepikarzami policjanci zabraniają robienia zdjęć. Udaje się tylko zrobić jedno, nieudane. Tak oto po doświadczeniu egipskiej gościnności (nachalności i nieuczciwości) wracamy zdegustowani do Santany. Wręczam kierowcy jego 60 funtów egipskich. Jest wyraźnie zawstydzony, bo przecież miało być dłużej i inaczej, ale to była nagroda za jego wyjątkowy w tym kraju brak nachalności. Niech nas miło wspomina.

25 X 2005
Dziś jest w planie zwiedzanie tego muzeum, którego z powodu niewyspania nie mogliśmy zwiedzić na początku wycieczki. Jeśli przyjąć jako kryterium zwiedzania niewyspanie, to ja bym wolał zwiedzać muzeum wcześniej. Muzeum Egipskie trzeba zobaczyć. Dla mnie najbardziej interesujący był dział poświęcony Tutenchamonowi. Byliśmy tam nawet dwa razy. Oficjalne zwiedzanie było odwrócone, czyli najpierw złota, słynna maska, potem kolejne trumienki i sarkofagi. Odwrotnie, czyli normalnie jest dużo lepiej, ale kto by się tym przejmował. Program został zrealizowany. W trakcie zwiedzania muzeum mała przerwa na Stellę w pobliskim Hiltonie.
Po zwiedzaniu muzeum, wizyta na suku, potem spacer po okolicach hotelu, powrót do Santany pakowanie bagażu i wyjazd na lotnisko. 

| Góra strony | Powrót |